Azoty_Kedzierzyn_4_04_16

Zadowolony gość to więcej niż klejnot

14 lipca 2004

Tegoroczne lato ma być przełomowe. Polacy przekonali się do zalet wypoczynku na łonie przyrody, ale liczymy, że śladem Niemców i Duńczyków, którzy już od trzech lat przyjeżdżają do nas na wakacje zawitają w te piękne, zielone tereny także inne nacje. Bo takiej przyrody, jak nasza to nie znajdzie pan nigdzie indziej - z dumą w głosie i łzą w oku powtarza Jan Wiatrak z lubuskiego Chociwia.

Rejony przy polskiej granicy zachodniej nigdy nie należały do najbardziej pożądanych miejsc urlopów i wypoczynku. Duże zakłady przemysłowe nie budowały tu swoich ośrodków, lokalne władze też nie wierzyły, by z turystyki można czerpać jakiekolwiek profity. Mimo że flora i fauna żyjąca na tych terenach wprost zachwycały bogactwem to były zbyt słabym argumentem, by kogokolwiek zainteresować inwestycjami w turystykę. Paradoksalnie, ziemie te były wolne od dużych i uciążliwych dla środowiska zakładów przemysłowych, także gospodarstw rolnych było tu jak na lekarstwo. Ziemie wprawdzie bardzo urodzajne, ale liczne zbiorniki wodne, rzeki i strumyki zniechęcały do intensywnych upraw. W ten sposób na bardzo urodzajnych i pięknych zielonych terenach tworzyły się ogromne cywilizacyjne białe plamy. Budowały się całe wioski i osiedla, ale głównie z myślą o dachu nad głową dla dojeżdżających do odległych zakładów przemysłowych, w mniejszej skali z myślą o zakładaniu gospodarstw rolnych. Przez długie lata nic, poza zmianami pór rok,u na tych terenach się nie działo, aż ktoś, dziś dokładnie nie wiadomo kto, przyniósł informację, że nadchodzi pora i moda na agroturystykę, Niewielu wiedziało o co chodzi. Początki były trudne. Bo za co przemienić część swojej chałupy w mini-pensjonat. Skąd wziąć pieniądze na dobudowanie łazienki. W niektórych domach wystarczały mieszkańcom wychodki, a budowa łazienek to wielkie inwestycje – tłumaczyli i często gęsto zniechęcali się. Przeszkody finansowe i mentalnościowe pokonali tylko najwytrwalsi. Tacy jak Jan Wiatrak z Chociwia. Gospodarstwo agroturystyczne prowadzi już od dziesięciu lat. Ujęci gościnnością gospodarzy zrobili wśród swoich znajomych taką propagandę, że całe lato przyjeżdżały pary małżeńskie i towarzyskie. Wszystkie z Krakowa. Żartowali nawet, że w Chociwiu otworzą swoje przedstawicielstwo dla załatwiania spraw urzędowych, by jak najdłużej móc rozkoszować się urokami lubuskiej przyrody.

Później nastały suche lata – dziesięć, dwanaście rodzin to były szczytowe osiągnięcia sezonu. Czasami nie starczało nawet na opłacenie jako takiego utrzymania obiektu, o zyskach nawet nie wspominając. Ale Wiatrak zaparł się, bo wierzył, że nadejdą tłuste lata. I nadeszły. Z niespodziewanego kierunku, bo z Niemiec i Danii. Obcokrajowcy odkryli wspaniałe akweny wędkarskie w pobliżu, że nie lubili ciągać za sobą ciężkich przyczep kempingowych, co ubóstwiali ich rodacy, poszukiwali przytulnego i niedrogiego miejsca do noclegu. Od trzech lat przyjeżdżają po dwa, trzy razy w roku. Rekordziści wpadają nawet co miesiąc, a całe dwutygodniowe urlopy w lecie spędzają wyłącznie u Wiatraka.

Jego gospodarstwo rozrosło się z jednego do trzech pawilonów, na dokupionej działce postawił jeszcze piętrowy domek góralski z czterema sypialniami, a w tym roku zainauguruje działalność minihotel w przerobionych budynkach po byłym GS i straży pożarnej. W szczycie sezonu nie ma już wolnych miejsc. Jeżeli jednak ktoś przyjedzie nawet bez wcześniejszej rezerwacji nie zostanie bez noclegu. Zasadą naczelną gospodarstw agroturystycznych jest zapewnienie sielskiego wypoczynku, w rodzinnej atmosferze. Właściciele gospodarstw agroturystycznych tworzą jedną wielką rodzinę, i jeżeli nie ma miejsc u jednego, skierują do sąsiada. Bo wiedzą, że atmosfera i standard u niego podobny i urlopowicze na pewno będą zadowoleni.

Tam, gdzie wypoczywają różne nacje najtrudniej sprostać rozmaitym, i często skrajnie różnym oczekiwaniom. W dużych wczasowych stołówkach te zmienne gusta kulinarne jakoś giną w tłumie. Przy kilku wypoczywających rodzinach często są problemem. – Musimy to jakoś poukładać. Jak jednego dnia wychodzimy naprzeciw gustom tłustomięsnych, następnego rekompensujemy coś „wegetarianom” – tłumaczy właściciel gospodarstwa. A jak nawet mają wymyślne zachcianki, to próbujemy je zaspokoić. Zadowolony gość to więcej niż klejnot. Nie dość, że przyjedzie znowu i zostawi trochę grosza, to jeszcze zrobi wśród znajomych taką reklamę, za którą trzeba by dać grube pieniądze. A my to mamy za darmo. Warto więc inwestować w turystów. To bardzo szybko zwracająca się inwestycja. I to z dużą nawiązką.

Letnicy uratują mazurskie wsie?

Agroturystyka dla wielu gospodarstw na Warmii i Mazurach jest jedyną szansą na jakikolwiek byt. Wszystko, gdzie można było zarobić choć kilka groszy, poupadało, splajtowało lub po kawałku zostało rozkradzione. Kto mógł, uciekł do stolicy, na Śląsk, do Niemiec, za ocean. Ci, co żadnych kontaktów nie mieli, zostali skazani na powolne dogorywanie. I tworzenie gospodarstw agroturystycznych podyktowane zostało nie tyle wiarą w sukces, ile szansą na przedłużenie marnego, bo marnego, ale życia na swojej ziemi. Na swojej to może zbyt dużo powiedziane, po mazurskie wioski to raczej pegeerowskie osady z parterowymi lub piętrowymi blokami-czworakami. Byli pracownicy państwowych gospodarstw rolnych gospodarują na niewielkich skrawkach ziemi, często jedynie na przydomowych ogródkach. Do takich osad nikt nawet nie zajrzy, bo zdrowe i czyste powietrze to jeszcze za mało, by zwerbować turystów.

Grupują się więc tacy bezrolni rolnicy, składają się po tyle, ile każdy może wyłożyć i remontują stare, często jeszcze poniemieckie budynki i małe folwarki i zakładają w nich namiastki prawdziwych gospodarstw agroturystycznych. Do luksusów w nich daleko, ale z każdym rokiem jest ich coraz więcej i oferują coraz lepszy standard usług.

Ale i turyści stają się coraz bardziej wymagający. Szukają rozrywek, których nie sposób znaleźć w wielkomiejskim zgiełku. Dlatego taką furorę robią gospodarstwa, gdzie letnicy mogą współuczestniczyć w gospodarskich pracach. I to nie tych prostych jak zwózka siana czy dokarmianie kur. Im cięższa praca tym dla szukających wrażeń ciekawsza. Asystowanie przy porodach cieląt czy pełne uczestnictwo przy świniobiciu to jest to co, ich rajcuje. Polowanie na dzika lub sarnę, z zezwoleniem czy bez, to hit mazurskich wakacji roku ubiegłego. Co w tym roku wymuszą turyści, by spędzić superurlop, jeszcze nie wiadomo.

Właściciele gospodarstw rolnych z zabudowaniami nie muszą wykazywać się nie lada inwencjąby przyciągnąć turystów. Mają swoje zaprzyjaźnione rodziny, które na wakacje przyjeżdżają od lat. Znają ich gusta i upodobania, skrupulatnie je realizując zapewniają sobie klientelę na lata następne. Widoczne są też zmiany. Coraz lepszy standard obiektów i pomieszczeń dla urlopowiczów. Higiena – utrapienie mazurskich siedlisk już jest na najwyższym poziomie. Z sanitariatami lśniącymi czystością i regularnie odprowadzanymi ściekami. Dostęp do informacji czy telewizji satelitarnej – żaden problem. Świeżutkie wypieki każdego ranka – wedle życzenia. Kotleciki ze świeżej cielęcinki dla malucha – proszę bardzo. Takiego podejścia do urlopowicza nie są w stanie zagwarantować nawet najlepsze duże ośrodki wypoczynkowe. Rodzinne gospodarstwa agroturystyczne są wprost stworzone do organizowania wypoczynku w domowej atmosferze na łonie nieskażonej i często jeszcze dzikiej polskiej przyrody. I ten styl wypoczynku coraz lepiej przyjmuje się i wśród Polaków i obcokrajowców przyjeżdżających do Polski.


POWIĄZANE

W I kwartale liczba udzielonych noclegów w gospodarstwach agroturystycznych była...

Hotele w rodzimych kurortach pękają już w szwach, a wraz z nimi lokale gastronom...

Od początku czerwca tego roku w Polsce utonęło już ponad 100 osób. Niestety zdro...


Komentarze

Bądź na bieżąco

Zapisz się do newslettera

Każdego dnia najnowsze artykuły, ostatnie ogłoszenia, najświeższe komentarze, ostatnie posty z forum
Jestesmy w spolecznosciach:

Najpopularniejsze tematy

gospodarkapracaprzetargi
Nowy PPR (stopka)
Zgłoś uwagę