Czy politycy w Polsce manipulują społeczeństwem...?

5 stycznia 2016

Polskim politykom i polskiej elicie politycznej trzeba powtarzać wręcz do znudzenia: "It's the economy, stupid" - "Gospodarka głupcze". Nigdy nie może być wytłumaczenia dla zaniechania reform gospodarczych. Kto raz ulegnie politycznej kalkulacji, zaniedba gospodarkę - ten zrobi to po raz drugi. Każda okoliczność stanie się wygodnym usprawiedliwieniem. Potrzebny jest rząd reformatorów, ufundowany na aksjomatach pragmatycznych. Dlatego polskim politykom, polskiej elicie politycznej trzeba powtarzać wręcz do znudzenia: "It's the economy, stupid" - "Gospodarka głupcze".

W gruncie rzeczy zmarnowano najlepsze lata gospodarczej koniunktury. Druga połowa pierwszej dekady lat osiemdziesiątych była najlepszym okresem dla reform, modernizowania państwa i gospodarki, przebudowy społeczno-ekonomicznych struktur. Ale nie zrobiono niczego. Nie pomyślano o przyszłości Polski. Nie zadbano o przyszłe pokolenia.

A przecież był to czas sprzyjający reformom. Lata 2006, 2007 i częściowo 2008 były kulminacją gospodarczej koniunktury. A i później Polska była przedstawiana, jako "zielona wyspa", kraj, który uchronił się przed światową recesją. Ale reform nie wprowadzono.

Aż trudno w to uwierzyć, ale Platforma Obywatelska, która wyrosła na proreformatorskich nurtach Unii Wolności i tej reformatorskiej części AWS-u nie poszła pragmatycznym kursem, nie zrealizowała projektu sanacji państwa, stworzonego jeszcze wtedy, kiedy prominentną rolę w PO odgrywał Jan Rokita i gdy miała powstać koalicja "PO-PiS-u".
Chocholi taniec

Była koniunktura gospodarcza sprzyjająca reformom, ale był jeszcze drugi ważny czynnik - wyjątkowo dobra koniunktura polityczna. Do rangi precedensu urasta fakt, że rząd Donalda Tuska podczas całego okresu sprawowania władzy dysponował dwoma najistotniejszymi handicapami: z jednej strony stabilną większością parlamentarną, a z drugiej notorycznie utrzymującym się wysokim poziomem partyjnych sondaży w stosunku do partii rządzącej. To umożliwiało skuteczne rządzenie. Podobnie korzystnych warunków nie posiadała żadna władza po 1989 r. Jednak reform nie wprowadzono. Oczywiście, można wskazywać na twardą opozycję, fakt funkcjonowania w ramach ośrodków politycznych państwa nieprzychylnego prezydenta, ale to są argumenty niepoważne. Na całym świecie opozycja jest zazwyczaj twarda, bo taka jest jej natura, a prerogatywy prezydenta w polskim systemie ustrojowo-prawnym są na tyle słabe, że mówienie o jego destruktywnej roli jest po prostu nieporozumieniem.

Jest tu jedna intelektualna niekonsekwencja, która wdarła się w polityczny dyskurs Donalda Tuska. Albo mówi się, że prezydent przeszkadza, albo mówi się, że prezydent to "pałac i żyrandole". Ta niespójność, ten poznawczy dysonans pokazuje prawdziwy obraz rządu PO-PSL i pokazuje, że tłumaczenie braku reform destruktywnym podejściem byłego prezydenta czy opozycji było tylko zabiegiem propagandowym. A tak nie powinno być. Polityków rozlicza się przede wszystkim za skuteczność rządzenia.

Rozbrzmiewa znów w polskiej rzeczywistości znane z historii echo "tańcu chochoła" z "Wesela" Wyspiańskiego, jakże tragiczne w skutkach. Już raz polityczna megalomania, kulturowy sarmatyzm, "przejadanie" dobrych czasów, konsumowanie koniunktury, chroniczne kunktatorstwo i bierność sprowadziły na Polskę dziejowe nieszczęście. A brak reform czy ich ciągłe ignorowanie to jedna z kluczowych determinant upadku państwa. I w każdej szerokości geograficznej, w każdym okresie czasowym wszystkich ten problem jednakowo dotyczy. Nie można frymarczyć interesami Polski. Nie można przedkładać tanich politycznych kalkulacji, dbałości o partyjną popularność nad ponadczasowy imperatyw trwałości państwa. Musi być ten dłuższy horyzont. Politycy mają obowiązek reformować gospodarkę, ulepszać jakość struktur społeczno-ekonomicznych i również tych pozostających w otoczeniu gospodarki, a więc prawno-instytucjonalnych. Po to ich wybieramy, powierzając w ich ręce kontrolę nad procesami zarządzania, aby dynamizowali cywilizacyjną ewolucję. A każdy system oczekuje progresji, a jej unikanie prowadzi do dysfunkcji.

Król jest nagi

Rząd Donalda Tuska miał być reformatorski. Platforma Obywatelska szła do wyborów pod hasłami sanacji państwa, modernizacji ustroju społeczno-gospodarczego, ulepszania jakości agregatów instytucjonalnych. Jednak mainstreamowa partia okazała się niestety pragmatyczna w hasłach, ale w praktyce realnego rządzenia już populistyczna. Bo unikanie największych wyzwań, ignorowanie pożądanych przeobrażeń, lekceważenie alarmujących sygnałów czołowych ekonomistów, tylko dla matematycznej kalkulacji politycznych korzyści jest populizmem. Jest niweczeniem polskich szans rozwojowych, zaprzepaszczaniem możliwości tworzenia gospodarczej prosperity dla następnych pokoleń.

Okazało się, że król jest nagi. Te wszystkie hasła o pójściu w kierunku gospodarki liberalnej, o budowaniu drugiej Irlandii do kogo (chciałoby się zapytać Panie Premierze) były adresowane?! Gdzie jest ten podatek liniowy? Gdzie są te ułatwienia dla przedsiębiorców, swoboda działalności gospodarczej? Gdzie jest idea "chudego", "taniego" państwa w miejsce drogiego i omnipotentnego? A Ci młodzi Polacy, którzy mieli całymi zastępami powracać z zagranicy - gdzież oni są? Nie powracają, nadal wyjeżdżają... A zostają jedynie Ci, którzy albo wyjechać nie mogą, albo tak bardzo kochają Polskę, że nie wyobrażają sobie życia gdziekolwiek indziej.

W Polsce nadal poluje się na kułaków. Nie ma żadnych ułatwień dla przedsiębiorców. Czy to wypada, aby kreatywny biznesmen, człowiek sukcesu musiał płaszczyć się przed urzędnikiem, spijającym z poczuciem wyższości kawę i wymachującym rozmaitymi ustawami? Tego nie wolno, tamto zabronione, na to z kolei trzeba czekać całymi miesiącami. Etatyzm państwa, ciągłe rozbudowywanie struktur różnego rodzaju regulacji formalno-prawnych są tak naprawdę refleksem gospodarki socjalistycznej, centralnie sterowanej. Nigdzie w liberalnym porządku podobne mechanizmy nie działają.

Ludzie bogaci, tak zwani "ludzie sukcesu" są nadal wrogami publicznymi numer jeden, chociaż przecież to oni w największym stopniu dynamizują wzrost gospodarczy i to z ich pieniędzy w największej mierze żywi się rząd. Ale skoro są bogaci, to pewnie ukradli pieniądze albo mogą kiedyś zbudować na tyle silną pozycję ekonomiczną, że przełoży się to na status polityczny i upomną się o władzę. Dlatego lepiej im przeszkodzić. Pod tym względem niewiele różnimy się od Rosji, wprawdzie w Polsce nie zamyka się przedsiębiorców w więzieniach, ale ich deprecjonuje i w wymiarze politycznym, i społecznym. A utrudnianie działalności przedsiębiorców jest tak naprawdę likwidowaniem miejsc pracy, czyli godzi w szeroki interes publiczny. Przykład Romana Kluski jest tu bardzo symptomatyczny. O innych nie wspomnę, aby się nie narażać na zarzut sprzyjania oligarchom.
Marnotrawienie szansy

Dlaczego Platforma Obywatelska, która u zarania jawiła się jako siła liberalna, proreformatorska jest dziś w większym stopniu reprezentantką grup roszczeniowych, rewindykacyjnych niż środowisk przedsiębiorców? Jaki tu działa algorytm dystrybucji środków budżetowych? Narastający problem długu publicznego może w przyszłości poskutkować totalnym regresem sytuacji gospodarczej, zahamować pozytywne trendy wzrostu. Przestrzegają przed tym czołowi i posiadający ogromne doświadczenie ekonomiści: Stanisław Gomułka, Krzysztof Rybińki, Witold Orłowski, a przecież nie są to anonimowe nazwiska. "Cały czas zastanawiam się, czy przypadkiem Polska nie traci swojej wielkiej szansy rozwojowej. Nasi politycy zdaje się uwierzyli w to, że dobra koniunktura (gospodarcza i polityczna) będzie trwać w nieskończoność" - pisze ten ostatni na swoim blogu.

Nie będzie trwać w nieskończoność, ale rząd ma najwyraźniej inną kalkulację polityczno-ekonomicznej korelacji, nastawioną na przetrwanie do najbliższych wyborów; a później to już jakoś będzie. Ale to jest właśnie polityczny populizm, oportunistyczne podejście do gospodarki.

Podnosząc VAT sięga się po najłatwiejszy z możliwych instrumentów, dodatkowo uderzający w opłacalność działalności gospodarczej, zrównoważoną strukturę cen, położenie ludzi biednych - są przecież inne możliwości ratowania budżetu, przede wszystkim po stronie wydatków. Jednak rząd Donalda Tuska najwyraźniej boi się dotknąć pewnych problemów, uderzyć w interesy środowisk roszczeniowych, a mówi się trudno - odpowiedzialny, pragmatyczny polityk musi to czasem robić. Przejście z budżetu resortowego (czyli w gruncie rzeczy politycznego) na bardziej optymalny - zadaniowy, reforma systemu emerytalnego (w tym transformacja KRUS-u), dyscyplina monetarna, dokładny monitoring wydatków publicznych, optymalizacja mechanizmów opieki zdrowotnej to byłyby setki miliardów złotych oszczędności. I w dłuższej perspektywie trzeba iść w kierunku obniżenia stawek podatkowych, a właściwie wprowadzenia podatku liniowego, bo to tworzy kanony autentycznej gospodarki liberalnej, napędza koło gospodarcze państwa. Wówczas Polska byłaby prawdziwym gospodarczym tygrysem, być może nawet na światową skalę.

Niezrozumienie procesów globalnej gospodarki, brak świadomości, jakie znaczenie posiada dynamiczny rozwój  gospodarczy. Kiedy świat ekonomicznie jest już jednym systemem, kiedy gospodarka determinuje uwarunkowania demograficzno-przestrzenne to właśnie ona jest najlepszym gwarantem niepodległości, perspektywą suwerennego bytu wolnego państwa. W mniejszym stopniu trwałości substancji państwowej, zabezpieczenia kolejnych pokoleń należy szukać w polityce (choć ten wymiar jest również ważny), a bardziej właśnie w gospodarce. I ten proces będzie się pogłębiał. Musimy stać się silnym gospodarczym graczem na arenie globalnej, międzynarodowej. A jedyną szansą jest tu pragmatyzm, kurs  reformatorski i budowanie gospodarki liberalnej. Trzeba odważyć się i podjąć najpilniejsze reformy.
Etos mężów stanu

Politykierzy różnią się tym od mężów stanu, że Ci pierwsi zatracają się w bieżących politycznych kalkulacjach, a Ci drudzy kalkulują horyzontalnie, na dłuższy efekt, a gdy trzeba, nie cofają się przed dziejowymi wyzwaniami, podejmują odważne reformy i przechodzą później do historii. Warto w tym miejscu powołać się na przykłady amerykańskich prezydentów: Franklin Delano Roosevelt wprowadzał swój autorski program "New Deal" (nowego społecznego ładu) w trudnych czasach wielkiego kryzysu, napotkał na olbrzymie bariery, zderzył się z ekonomicznymi problemami i choć projekt zakończył się umiarkowanym sukcesem, to jednak udało mu się przywrócić wiarę społeczeństwa w drzemiące w nim siły oraz odbudować optymizm gospodarczy, podobnie Bill Clinton, który pod hasłem: "It's the economy, stupid", reformował gospodarkę, przełamał gospodarczą recesję i jest uważany (mimo rozlicznych skandali) za dobrego prezydenta. I my również musimy w rozumieniu ogólnym iść tym pragmatycznym, proreformatorskim kursem. Inaczej przegramy dziejową szansę.

Można się obawiać o przyszłość  Polski. Dziś rząd Donalda Tuska mówi, że nie reformuje, bo nie robi się tego przed wyborami. Ale przecież po wyborach będzie znów przed wyborami... A przecież prawdopodobne jest, że Platforma w którymś momencie zacznie się sondażowo zużywać, zaufanie wyborców nie jest dane raz na zawsze, może przyjdzie odwrócenie politycznych preferencji - trzeba poważnie brać pod uwagę taki wariant - i wtedy co, reform znów nie będzie? Takie przedkładanie politycznych kalkulacji nad ekonomiczne twarde reguły jest nieodpowiedzialne: to igranie portfelami milionów ludzi, zaprzepaszczanie ich codziennych wysiłków. To w pierwszej kolejności Polacy zapracowali na wzrost gospodarczy. Nie żaden rząd, rząd się jedynie temu przyglądał.

Pokoleniowym marzeniem jest, aby ukształtował się w Polsce polityczny nurt pragmatyków, ludzi odpowiedzialnych, rozsądnych, mądrych, usposobionych proreformatorsko, którzy zajmą się przede wszystkim gospodarką i wyprowadzą Polskę na długi horyzont szans rozwojowych. To jest ta pokoleniowa szansa.

Był rząd Jarosława Kaczyńskiego i towarzyszyła mu wspaniała koniunktura gospodarcza i w wielu aspektach gospodarki usiłował podejmować nawet racjonalne działania, ale zgubiła go awanturniczość, zawieranie aliansów z populistami i niezdolność do polityki otwartości, wyjścia naprzeciw ludziom, oddania inicjatywy w ręce społeczeństwa.

Jest rząd Donalda Tuska jeszcze przy względnie dobrej koniunkturze gospodarczej i w o niebo lepszej sytuacji politycznej - biorąc pod uwagę przede wszystkim stabilizację arytmetyki większości parlamentarnej - ale jest to władza jakoś indyferentna ekonomicznie, wyjątkowo pasywna, bierna, inercyjna i unikająca reform. A to niestety cofa Polskę do tyłu, zaprzepaszcza kapitał rozwojowy.

Tymczasem potrzebni są pragmatycy i reformatorzy. "Wy, którzy pospolitą rzeczą władacie" - pisał w swoich czasach i dla sobie aktualnej klasy politycznej poeta Jan Kochanowski, upominając się o odpowiedzialność polityków i reformy. I to przesłanie pomimo upływu setek lat do dziś pozostało aktualne. I dziś można również zwrócić się do elity politycznej i nieco modyfikując słowa Kochanowskiego, rzucić sakramentalne zawołanie: - "Wy, którzy pospolitą rzeczą władacie modernizujcie gospodarkę, reformujcie państwo, twórzcie dla społeczeństwa polskiego dalekosiężne możliwości rozwoju". Bo Polska była wczoraj, jest dziś i musi być jutro... Żeby nasza historia nie była nieustannym "tańcem chochoła".

 


POWIĄZANE

Zmiana dyrektywy w sprawie zrównoważonego stosowania środków ochrony roślin(SU -...

22 czerwca 2022r. Komisja Europejska przyjęła pionierskie wnioski mające na celu...

W Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi odbyło się spotkanie konsultacyjne wicep...


Komentarze

Bądź na bieżąco

Zapisz się do newslettera

Każdego dnia najnowsze artykuły, ostatnie ogłoszenia, najświeższe komentarze, ostatnie posty z forum

Najpopularniejsze tematy

gospodarkapracaprzetargi
Nowy PPR (stopka)
Jestesmy w spolecznosciach:
Zgłoś uwagę